Tomek Dyniak, łódzki wokalista i gitarzysta, na płycie „Out of Sight” łączy wpływy bluesa, folku, country i rocka.
Krążek rozpoczyna „’till we met”. Zanim się spotkaliśmy, byłem ślepy – śpiewa Dyniak. Drugi głos dośpiewuje Marcin Helter, ale najciekawszy jest tu udział Lucjana Wesołowskiego – znanego od lat propagatora sitaru. A sama piosenka? Ot – sympatyczny folk.
Nieco żywiej robi się w tytułowym „out of sight”. Ale to nadal folk, nieco w klimacie , jaki może się kojarzyć z „Life” z pierwszej płyty „Portr Band”. W prawym kanale solówki dogrywa Marcin Kotfis na gitarze elektrycznej. Co kto lubi.
Mocniej w struny akustyka uderza Dyniak w „water over the dam”. Bluesowe zaśpiewy, które tak chętnie wykorzystywali dekady temu Led Zeppelin sprawiają, że robi się żwawo. Tylko po co ta elektryczna gitara? To samo zagrane na mandolinie czy innym akustyku albo techniką slide czyniłoby przekaz płyty bardziej spójnym.
Balladowe „all your friends are gone” ubarwiają delikatne klawisze obsługiwane także przez Kotfisa. Ciepłe i całkowicie na miejscu. Wszak granie Dyniaka jest takie intymno-kominkowe. A twórca doskonale wie, w jakiej konwencji chce się poruszać.
Czy tytuł „blood on the tracks” z kimś się nie kojarzy? Ale mamy sierpień 2025 roku i Tomek Dyniak chce odcisnąć swoje ślady w świecie neofolku.
Weselszy „ex” może być przebojem śpiewanym wspólnie w folkowych tawernach czy przy okazji spotkań towarzyskich – oczywiście pod warunkiem, że wszyscy jako tako przynajmniej posługują się angielskim. Jest w nim energia wytrwanego storytellera.
I oto w „come down” spełnia się wypowiedziana prośba i Marcin Kotfis zamienia gitarę elektryczną na akustyczną. I wreszcie wszystko się zgadza. Obydwie gitary współbrzmią i dialogują ze sobą bez zbędnej rywalizacji o uwagę słuchacza.
Bluesowy klimat spowija „have you seen my friend?” Folk świetnie miesza się tu z bluesowymi nutami i motorycznością starych work songów. A i ożywia się drugi wokal.
„fade out” uwodzi balladową nostalgią. Dyniak odrobił lekcje i z oczywistego Dylana i z kilkunastu pieśniarzy, którzy takie klimaty starali się przemycać w amerykańskim popie początku lat 70. XX wieku. I znowu – energia z jaką włącza się w śpiewanie niektórych fraz Marcin Helter dodaje pieśni animuszu.
Dyniak świetnie opanował kanony folkowego przede wszystkim grania na gitarze akustycznej. Praktycznie każdy wstęp, tak jak w „don’t look back”, to przykład gruntownego zapoznania się z literaturą muzyczną tej stylistyki. A piano elektryczne w miejsce gitary to znów strzał w 10.
Sitar Lucjana Wesołowskiego dodaje głębi piosence „miss tragedy”. Jest w niej i pewna oniryczność, niemal rockowa wściekłość i wrażliwość wędrownego gitarzysty.
Wydaje się, że płytą „Out of Sight” Tomek Dyniak spełnił swoje marzenie. Czy odważy się ruszyć w trasę po klubach, by przekonywać do swoich opowieści słuchaczy poszukujących wrażliwości i zakochanych w amerykańskim folku – być może się przekonamy. Gdyby jeszcze zabrał ze sobą sitar…