czwartek, 05 kwiecień 2012 08:56

Shawn Starski – Shawn Starski , czyli Stachurski (2012)

Shawn Starski – Shawn Starski Shawn Starski – Shawn Starski

Stachurski, bo takie nazwisko w USA nosi naprawdę gitarzysta znany z koncertów z Jason Ricci and New Blood na początku 2012 roku wydał album solowy. To porcja różnorodnego, elektrycznego bluesa z bardzo charakterystyczną gitarą.

Starski, czyli Stachurski zaczyna od autorskiej kompozycji „Sea of Faces”. Znakomity, twardo brzmiący chicagowski blues z udanym zakończeniem frazy. Shawn nie stara się śpiewać w jakiś niezwykły sposób. Po prostu – jest bluesowym wykonawcą. I nie nadużywa swobody w solówce.

 Podobnie w „Was It You”, gitarzysta umie zawrzeć całą treść w trzech minutach. W tej piosence pojawia się lekko funkujący rytm, ale zaaranżowany na zasadzie call & response utwór to przede wszystkim pokaz jego lekko brzmiących zagrywek, które przeradzają się w rasowe solo, mogące być ozdobą płyt o wiele bardziej znanych mistrzów.

W zaledwie dwuipółminutowym „Dirty Deal” – chicagowskim bluesie zagranym w świetnym tempie pojawia się producent krążka – Phil Wolfe w roli organisty. A fender Sitarskiego gada jak najęty. I co ciekawe – gra solo momentami jakby przeniesione z Chess Records. Co za szacunek dla tradycji.

„For Us” to pierwszy wolny blues na płycie. Perfekcyjnie brzmiąca gitara, odrobina organów i to wszystko. Starski w autorskiej kompozycji snuje genialną opowieść wyłącznie za pomocą swojego instrumentu i na upartego można się tu dosłuchać wpływu wielkich gitarzystów ze świata jazzu. Niesamowity.

Do zaśpiewania „Cry Baby” Stachurski zaprosił Elle. Wokalistka obdarzona zdartym, lekko nosowym głosem w naturalny sposób ubarwia program płyty i słychać, że piosenka została napisana tak, by to ona była na pierwszym planie. Może niepotrzebnie tylko producent wypuszcza z klawiszy syntetyczne dęciaki. Ale aranżacja jest naprawdę udana, a i Stachurski znalazł dla siebie miejsce na smakowite solo.

„How It Come To Be” to zdecydowany ukłon w stronę bluesowej tradycji z Delty. Starski śpiewa głosem nagranym z przesterem, jakby robił to przez mikrofon do harmonijki Jasona Ricci. I genialnie akompaniuje sobie slidem.

Mając w studiu kobietę, trudno nie pokusić się o napisanie ballady. Elle śpiewa niezwykle zmysłowo countrowy song „The Truth” i chyba sama napisała sobie tekst, bo Shawn nie zapomniał o niej wśród autorów. I zgodnie z poetyką piosenki gra solo w klimacie southernowym.

 „Means Nothing Now” to powrót do Chicago. Starski śpiewa jakby bardziej dojrzałym głosem, zresztą do zdjęcia na płycie przywdział marynarkę i zapuścił zarost, jakby upodabniając się do sir Erica.

Najmniej bluesowym utworem w tym zestawie jest „Hallows Eve”. Gościnnie na saksofonie gra tu Cole Bergus i to już solidna porcja jazzu, z walkingiem basu, mnóstwem progresji akordów i niezłymi bębnami. A solo Sitarskiego naprawdę gładko przeprowadza nawet najbardziej ortodoksyjnych fanów bluesa przez to Morze Czerwone. Na takiego Starskiego chyba właśnie czekamy.

Krążek kończy bardziej hendriksowski w klimacie „Sweet Cherry Rose”. To najcięższy brzmieniowo utwór na płycie i rzecz jasna perfekcyjny, ale po „Hallows Eve” nie chce się już słuchać w wykonaniu Starskiego niczego innego.

Polacy mieli szczęście dzięki koncertom z cyklu Warsaw Blues Night widzieć muzyka dwukrotnie w akcji. Dla tych osób to płyta z gatunku „must have”. I chyba wkrótce pojawi się kolejna, o wiele bardziej zakręcona.

 

Do góry