środa, 04 kwiecień 2012 11:55

Gov't Mule - By a Thread (2009) (wideo)

Gov't Mule - By a Thread Gov't Mule - By a Thread

By a Thread to jak dotąd ostatni studyjny krążek najsłynniejszego jam bandu na świecie. Ale jeśli w zespole gra i śpiewa Warren Haynes, można być pewnym, że płyta musi ekscytować fanów nie tylko southern rocka.

I rzeczywiście już otwierający krążek „Broke Down on the Brazos” prezentuje lekko funkujące oblicze zespołu, z masywnym riffem i genialną gitarą Haynesa. Ale przecież mamy tu i znakomity dialog dwóch gitar, czyli esencję żywego grania. Zwłaszcza, że na drugiej gra Billy Gibbons. Kto by uwierzył, że to płyta od podstaw stworzona w studiu. Już za ten jeden utwór każdy blues rockowy gitarzysta może dać pokroić. A to dopiero początek.

W podobnym, acz bardziej surowym klimacie utrzymany jest „Steppin' Lightly”. Lekko funkujące gitary w zwrotce, znakomity bridge, który doprowadza do solówki Haynesa. A ta – jak zawsze wciąga i zachęca do podróży. No i mamy coś na kształt refrenu, który przy znajomości tekstu da się zaśpiewać na koncercie. I zakończenie w klimacie reggae dla wielbicieli koncertowego bujania.

Dość żartów – tradycyjny motyw „Railroad Boy” zaczyna się od gitary akustycznej, by z czasem przerodzić się w potężnego blues rocka, jakiego nie powstydziliby się nawet Led Zeppelin. Do tego solo zagrane lidem na podkładzie z mocnych bębnów, z wyraźnym werblem i plamami hammondów – znów chce się czekać na koncert – to dopiero musi być czad.

Ośmiominutowy „Monday Mourning Meltdown” ma w sobie sporo psychodelicznego klimatu. Umiarkowane tempo sprzyja budowaniu nastroju blues rockowego misterium. A i sam Haynes śpiewa łagodniej i chyba wkłada w tę piosenkę całe swoje serce. Tym razem pierwsze solo należy do organisty Danny Louisa, który potem wsłuchuje się w nuty Haynesa.

„Gordon James” zaczyna się jak folkowa ballada, pojawiają się nawet syntetyczne smyczki, ale szybko przeistacza się w granie bogate w riffy, z świetnym slidem kompozytora, czyli Haynesa.

Blues rock byłby pewnie zupełnie inny, gdyby na świat nie przyszedł Jimi Hendrix. Może dlatego „Any Open Window” dedykowane jest towarzyszącym Voodoo Child muzykom - Mitchowi Mitchellowi i Buddy Melisowi i brzmi w stylu, w jakim nagrałby je sam Hendrix.

Wracamy do klasycznego, balladowego southern rocka. „Frozen Fear” ma w podkładzie rytmikę reggae i znakomite hammondy. Pewnie tej płyty przed wejściem do studia nieraz słuchał Gienek Loska.

„Forevermore” zaczyna się akordami wybieranymi na gitarze elektroakustycznej. Tu Warren Haynes znów się rozluźnia, ale pamięta o odpowiednim dawkowaniu ekspresji w głosie. Kiedy piosenka zamienia się w standardowy blues rockowy utwór, chwyta za gitarę elektryczną i gra slidem. I o to chodziło.

 Pod koniec krążka pojawia się dziewięciominutowy „Inside Outside Woman Blues #3” – bez wątpienia bardzo hendriksowski w klimacie. Gitara Haynesa prowadzi z nim dialog, a zespół gra hard rockowe riffy. Tego nie da się słuchać po cichu! A zakończenie, z klasycznymi dźwiękami pentatoniki z dodanymi efektami a la Voodoo Child pozostaje na długo w pamięci.

Niewiele krótszy jest „Scenes From A Troubled Mind”. Zaczyna się lekko ociężale, ale po kilku chwilach z kalsycznego bluesowego riffu wypływa niezwykle delikatna melodia, jakby przenosząc słuchaczy w epokę dzieci-kwiatów. I ciągle kontrastowana jest z surowym riffem, jakby cytowanym wprost z bagien Mississippi. Kto dziś tak gra? Ale to nie koniec niespodzianek, bo pieśń nagle przeradza się w żwawe, blues rockowe granie o wyraźnie hard rockowych korzeniach.

 Album kończy skomponowane wspólnie przez lidera i klawiszowa „World Wake Up”. Ileż w tym utworze bezpretensjonalnej liryki. Grupa w studiu buduje klimat nieprawdopodobnie uroczej nostalgii. I co ważne, rozwija tę melodię wychodząc poza standardowe bluesowe harmonie. Haynes delikatnie traktuje gitarę, bawi się potencjometrem, dodaje echa do slide. A i słowa traktujące o kondycji świata nie należą do tuzinkowych. Podobnie jak hymnowe zakończenie kompozycji.

 Słuchając „By a Thread” nietrudno zrozumieć, dlaczego fani otaczają tę grupę takim kultem. Znakomite granie, jakby na żywo, zaklęte w CD to dopiero przedsmak tego, co można usłyszeć na koncertach. Na szczęście ostatnio zespół nie omija Polski.

Do góry