Gypsy Bastard, czyli Rafał Urban, wchodzi w świat dźwięków ze swoim banjo i mrocznymi pieśniami z pogranicza folku, bluesa i country.
Płytę „Czarny folk” Rafał Urban promuje piosenką „Piękny trup”. Bluesowa w harmonii, podlana country, czy dziś tak zwaną americaną, jawi się jak intymna rozmowa z ewentualnym słuchaczem. Zatopiona w pogłosach gitar elektrycznych i efektach na pierwszy plan wydobywa dość niemrawo brzmiące banjo. Celowo surowe i przytłumione. I tylko głos lidera nie do końca przekonuje.
Ech te klasyczne numery, w Polsce znane choćby jako „Poczekalnia PKP”. Taki sam pomysł na zwrotki ma Gypsy Bastard i w utworze „Czarna róża” śmiało wykorzystuje perkusję, w którą uderza Maciej Góraj. I to zdaje się zgodnie ze starożytną zasadą płyt – potencjalny materiał na przebój. Tylko ten głos… Paradoksalnie piosenka kojarzy się momentami z interpretacjami ś.p. Kory jej miłosnych poezyi w rodzaju „Blues Kory”.
Rafał Urban zaskakuje śpiewając nagle po angielsku „Come To Me”. I trzeba przyznać, że lekcje z folkowych piosenek odrobił całkiem nieźle. Trochę ubarwia piosenkę harmonijką, rytmicznemu banju dodaje tła w postaci gitary elektrycznej i dziecięcej niewinności chromatycznymi dzwonkami. Tylko słychać, że nie jest Amerykaninem…
Zdaje się, ze tytuł płyty zobowiązuje, bo oto pojawia się piosenka „I’m Diggin’ A Grave For You”. Bo skoro ona nie kocha, to trafi do piachu. Dyskretna perkusja i rytmiczne banjo wsparte pogłosami budują dość grobowy klimat. Wszystko w tej samej, ascetycznej, konwencji. I uwaga, po raz pierwszy, Gypsy Bastard nadaje swemu głosowi jakichś emocji.
I tak pojawia się następny utwór, który nawiązuje do wszelakiej klasyki – od „The House of the Rising Sun” po „Passengera”. I mimo tego że Urban nawet wyje nieprzekonująco – jego „Wilkołak” jest bardzo w porządku. Druhu zastępowy, przykryjmy żarówkę czerwoną krepiną i zawyjmy wespół w zespół.
Kolejny utwór to „Taniec z diabłem” – prawda, że tytuł znany z kilku innych utworów? Tu Gypsy Bastard tworzy przekonującą opowieść, w dodatku wspiera go brzmieniem skrzypiec Ania Dąbrowska. Do tego perkusja a la Tom Waits i nagle wyłania się niezły folk rock, jak piszą sami twórcy – w garażowym wydaniu. Zdecydowanie utwór ma radiowy potencjał.
Ach jeszcze nie wspomnieliśmy Hioba Dylana. Wydaje się, że brzmieniowo i kompozycyjnie Rafał Urban z powodzeniem mógłby wystąpić jako rozgrzewacz niepokornego bandżysty. „Black Crow” brzmi równie garażowo, co poprzednie piosenki – ech, gdybyż w głosie zamiast melancholii był zdrowy polski wk..w byłoby zupełnie inaczej.
Zaledwie 33-minutowy krążek kończy piosenka „Wykopałem dół dla ciebie”. Oczywiście to kara za odrzucenie miłości. Listopadowa, wsparta waleniem w perkusję i plamami elektrycznej gitary. Tu lekko dancingowa melancholia jakoś się sprawdza, jak i finał z fletem bawu. Aha – to polska wersja piosenki nr 4.
Rafał Urban vel Gypsy Bastard miał pomysł na zamkniętą całość. „Czarny folk” brzmi spójnie i potrafi wkręcić w swój klimat. Niestety autor nie jest ani Tomem Waitsem ani Leonardem Cohenem. I z tym jest problem.