środa, 05 październik 2011 10:25

Wynton Marsalis & Eric Clapton Play the Blues (wideo)

Wynton Marsalis & Eric Clapton: Play the Blues: Live From Jazz At Lincoln Center. Wynton Marsalis & Eric Clapton: Play the Blues: Live From Jazz At Lincoln Center.

Jazzman Wynton Marsalis & Eric Clapton, czyli Mr. Slowhand i najbardziej znany Europejczyk grający bluesa razem. Spotkali się w kwietniu w Lincoln Centem i takie spotkanie wydano jako Wynton Marsalis & Eric Clapton: Play the Blues: Live From Jazz At Lincoln Center.

Płyta zaczyna się od mocnego uderzenia w stylu Nowego Orleanu. W „Ice Cream” szlaeje orkiestra, a potem Clapton gra żwawe solo, by wypuścić Marsalisa na solówkę przypominającą Satchmo. Od razu słychać, że publiczność jest ich – nagradza muzyków brawami, by za chwilę w skupieniu podziwiać grę kontrabasisty. A banjo trzyma rytm i kołysze z mocą sztormu.

 

" />" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" type="application/x-shockwave-flash"> 

 

„Fourty-Four” rozpoczyna się od piana i swingującej sekcji dęciaków. Ta machina, jak młot parowy, wolno i dostojnie rozpędza się i zawłaszcza widownię. A Clapton dobywa z siebie mocny głos. Tu już słychać prawdziwego Claptona, który umie od grania pojedynczej nuty przejść do niebywale szybkiej partii, by potem budować napięcie podciągając struny. Mistrz to mistrz.

Jazz w latach 20. XX wieku uwielbiał brzmienie klarnetu, a wśród bandleaderów nie brakło utalentowanych muzyków. W „Joe Turner's Blues” taką rolę pełni Victor Goines. A muzycy przepięknie śpiewają w tle, stanowiąc doskonałe oparcie dla głosu Claptona. Fantastyczny szacunek do muzyki i przeszłości.

„The Last Time” to już stuprocentowy swing. Nowoorleański klimat i nieskrępowana radość grania wprost wyskakują z głośników. I znów to klarnet rozpoczyna linię melodyczną i nie brak w grze Goinesa wirtuozerskich partii. Nic dziwnego, że publiczność znów nie szczędzi braw. Wyluzowany Clapton śpiewa, bawi się głosem i pozwala skomentować swój śpiew partii zmutowanej trąbki.

Ale muzycy dopiero się rozkręcają. Bardziej marszowo zaaranżowane „Careless Love” to okazja do zagrania mnóstwa świetnych nut. Znów Clapton sięga po gitarę i z niewymuszoną sprawnością przebiega palcami po gryfie. A potem dęciaki po kolei dialogują z resztą orkiestry. Call & response – to w muzyce na żywo zawsze działa najlepiej, a nagranie świetnie uchwyciło atmosferę występu.

„Kidman Blues” to powrót do szybszego tempa i słychać, że Clapton nie tylko ma ochotę na śpiewanie, ale też żeby pogadać z publicznością swoją gitarą. Ale pozwala też zagrać i pianiście i trębaczowi, wracając dopiero w finałowym solo. Wzorowe cztery minuty z z sekundami.

Ale za to dalej… Klasyk nad klasyki rozpoczynający się w nieoczywisty sposób. Czyżby to był marsz pogrzebowy? Ale publiczność bezbłędnie słyszy nuty znane z płyty Derek and the Dominoes. To nowoorleańska „Layla”. Tego nie da się zapomnieć i kto wie, czy od czasu „Unplugged” to nie będzie najbardziej znana wersja w powszechnej świadomości konsumentów pop kultury.

Po ekstazie czas na wyluzowanie z „Joliet Bund”. To już typowy blues, który pozwala jakby odsapnąć po emocjach, które sięgnęły zenitu. Clapton gra w sposób akustyczny, a zespół dęciaków naśladuje jadący pociąg – wszystko jest na swoim miejscu.

Ów koncert otwierał solowy występ Taj Mahala i to jego Marsalis i Clapton zaprosili do finałowych partii. W utworze „Just a Closer Walk With Thee”, klasycznym marszu żałobnym z Nowego Orleanu, Mahal śpiewa w niezwykle klimatyczny sposób. A orkiestra niemal organicznie reaguje na jego frazy. To wręcz niemożliwe, żeby panowie nie przećwiczyli tego przed występem. I powalające.

Koncert kończy zagrana na bis „Corrina, Corrina”. Taj Mahal nie tylko śpiewa, ale i gra na banjo. Cały zespół pulsuje, a i każdy muzyk, łącznie z Claptonem, ma okazję pograć solówki. Nic dziwnego, że brawa długo nie milkną.

Wynton Marsalis słynie z propagowania amerykańskiej tradycji muzycznej, Eric Clapton sławę swą zawdzięcza także umiłowaniu muzyki, która urodziła się na plantacjach bawełny w Ameryce Północnej. Współpraca takich tuzów nie dziwi, a nowoorleańskie aranżacje wywołują prawdziwy uśmiech na twarzy. Bo wracamy do czasów, kiedy muzyka, nawet na pogrzebie, miała po prostu dawać radość, a nie być pożywką dla bankierów i paparazzi.

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry