poniedziałek, 08 sierpień 2011 19:36

Terry Evans zaprasza na wieczór z Live at Harvelle's

Terry Evans - Live at Harvelle's Terry Evans - Live at Harvelle's

Terry Evans to znakomity wokalista, który zaczynał od kościelnego chóru w Mississippi. Już w latach 60. XX wieku śpiewał w grupie wokalnej, póxniej chwycił za gitarę i zaczął komponować. Przez wiele lat pracował jako wokalista sesyjny z takimi sławami jak: John Fogarty, Ry Cooder, Joan Armatrading, John Lee Hooker, Boz Scaggs. Wreszcie zaczął nagrywac płyty pod własnym nazwiskiem. O sobie mówi - frontman, nie wokalista.

Live at Harvelle's to zapis koncertu z Santa Monica w Kalifornii. Wokaliście dzierżącemu w dłoniach gitare rytmiczna pomaga jedynie sekcja i Mark Shark w roli solowego gitarzysty. I wystarczy. Bo najważniejszy jest tu nastrój i wyjatkowo głeboki i emocjonalny głos, jakim dysponuje Terry Evans.

Koncertowy krążek zaczyna sie od złożenia hołdu Robertowi Johnsonowi. "Standing At The Crossroads" rozpoczynają nieśmiałe uderzenia gitary rytmicznej, wchodzi pulsujący bas i nagle swoim głebokim glłosem zaczyna śpiewać Evans. I od razu słychać, że śpiew to jego żywioł. Chociaz stara się powściągnąć emocje, z każdą frazą jest ich coraz więcej. A zespół pulsuje lekko z tyłu, nie przeszkadzając liderowi.

Ale Terry Evans nie zapomina o marketingu. "Natcha Bone Lover" to jego autorska kompozycja. Własciwie to blues podobny do tysięcy innych, ale właśnie w tym tkwi urok, że tu słyszymy go w wykonaniu autora, który ciągle hamując emocje, z głosem robi to co chce, a akompaniujący zespół momentami brzmi jak Doorsi, a momentami jak rasowa bluesowa trupa. Zaś prosty aranżacyjny zabieg polegający na śpiewaniu i dopowiadaniu frazy gitarą stanowi o esencjonalnym charakterze kompozycji.

Evans nie przeciąga zapowiedzi, skupia się na swoich piosenkach. "Honey Boy" to jego kompozycja oparta na pulsującym rytmie gitary i dudniącym półkociołku. Tu słychać, że dobra szkoła gospel nie poszła na marne. A wokalista coraz śmielej sięga do wysokich rejestrów, wciąż jednak nie przekraczając granicy dobrego smaku. Bo możliwości wokalne ma spore, interpretacyjne - jeszcze większe. A do tego prościutkie solo zagrana w manierze gitary hawajskiej dodaje całości klimatu.

I wreszcie mega klasyk. "The Thrill Is Gone". Znów zadziwia ciekawy sposób gry Marka Sharka. Perkusista nieco w weselnym klimacie stuka w hi-hat, ale słychać, że wszystko jest podporządkowane liderowi. W solówce nadal dominują długie dźwięki zagrane ze slidem i wreszcie Mark Shark zostaje przedstawiony publiczności.

Kolejny standard wyszedł spod pióra spółki Leiber/Stoller. "I'm a Hog For You" śpiewali kiedyś The Coasters, ale Terry Evans robi to w swojej manierze. Jakby z lekką złościa w glosie, oscyluje od pomruków do falsetu. I słychać, że cały zespół świetnie się bawi.

Zabawa nie ustaje, bo Evans przedstawia swojego autorskiego rhythm and bluesa zatytułowanego "Rooftop Tomcat" i oczywiście zanim zacznie śpiewać, musi pomiauczeć. Urocze, ze swingiem i luzem. Można rzec, że spotkania z Johne Lee Hookerem też wywarły pewne piętno na interpretacjach Terry'ego. A zespół umie dać sobie oddech.

To piosenka dla pań - zapowiada Evans. I pojawiają się pierwsze akordy "Ain't No Sunshine" witane brawami. To przecież klasyk soulu, a Terry cały czas w swojej wokalistyce bliski jest takim właśnie emocjom. I właściwie mógłby śpiewać tę pieśń a capella. Tu już Mark Shark nie bawi się w hawajskie klimaty, tylko gra solidne bluesowe frazy, stosuje dwudźwięki, dopowiada frazy - po prostu jest gitarzystą godnym tej pieśni i tego wokalisty. I przez bite 10 minut interpretacja trzyma w napięciu.

Po czym zespół żwawo zabiera się do pracy w stylu chicagowskich mistrzów. "Credit Card Blues" rozgniata przestrzeń jak solidny drogowy walec, który jednak ma niezwykle wrażliwego operatora. I znów Terry Evans prowadzi cały zespół i namawia do podśpiewywania w chórkach. Wszak to jego autorska piosenka i bardzo stylowa. A i solo zagrane slidem jest pełne życia, którego początkowo jakby gitarzyście nieco brakowało.

Na zakończeniecoś w klimacie boogie a la Canned Heat, ale zaspiewane dojrzałym pełnym głosem. To następna autorska pieśń - "Let Me Go Back To The Country". najpierw pełza, by powoli rozpościerać sieć i bezpowrotnie zamykać w niej słuchaczy. Świetne zakończenie koncertu.

Terry Evans nie potrzebuje wielkiego zespołu. Sam jest tak wyrazistą osobowością i ma tak dobry głos, ze pewnie poradzi sobie nawet, kiedy na sali zabraknie prądu. A że uwielbia śpiewając przekazywać wszystkie możliwe emocje i nie brak mu poczucia humoru - spotkanie na żywo dopiero będzie potwierdzeniem klasy muzyka, którego wielcy zapraszali do pomocy.

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry