poniedziałek, 14 grudzień 2015 20:28

Konstantin Reinfeld – ALGIEDI (2015, wideo)

Konstantin Reinfeld – ALGIEDI Konstantin Reinfeld – ALGIEDI

Niespełna dwudziestoletni Niemiec Konstantin Reinfeld płytą "ALGIEDI" odkrywa przed fanami harmonijki muzykę z pogranicza popu i jazzu - znakomicie zagraną i zaaranżowaną.

W żadnym wypadku ten album nie trąci myszką. Tak samo jak zawsze atrakcyjna będzie muzyka na żywo, grana przez żywych ludzi. Którzy czują, mają różne przeżycia i którzy po prostu – oddychają. Bo to przecież oddech w połączeniu z językiem, wargami, pracą ręki daje to unikalne brzmienie harmonijki diatonicznej. A na takiej swoje myśli wygrywa Konstantin Reinfeld.

 

Rozpoczynająca album „ALGIEDI” kompozycja „None of That Matters” początkowo kojarzy się z harmoniami Stevie Wondera, ale szybko przeradza się w kwitnący jazz rock flirtujący z muzyką filmową i elektroniczną.

Tak jak wyłaniający się z odmętów komputera, po elektronicznym „We;ve Met Before Haven’t We” „N.W.I.B.”. Reinfeld nie szczędzi swojej harmonijce elektronicznego sosu z flangerowo-chorusowymi ingrediencjami, daje też pole do popisu znakomitemu pianiście Christophowi Spangenbergowi. Zdecydowanie udane połączenie nowej tanecznej (tak, tanecznej) elektroniki z funkującym jazz rockiem.

„Om De Rotonde” powraca do świata bardziej klasycznych brzmień. Dużo tu gry na blachach perkusisty Hajo Schulera, sam Konstantin Reinfeld decyduje się na wykorzystanie jasnej barwy, od czasu do czasu podciągając dźwięki. Wzorem poprzednich – także autorskich – kompozycji i ten zmienia się w trakcie grania, no i oczywiście ma miejsce na fortepianową improwizację Spangenberga.

Tytułowy utwór „Algiedi (The Life And Death Of A Star)” to mix niemal breakbeatowych bębnów z elektrycznym pianem i zdecydowanie nostalgicznym, uwodzącym tematem podanym na harmonijce. Czasem wydaje się brzmieć jak dziecinna kołysanka, ale tempo utworu każe pamiętać, że ci muzycy mają w sobie wręcz kosmiczną energię . W środku – zaskoczenie. Niemal rockowy, hymnowy fragment. Dzieje się w muzycznym kosmosie Reinfelda naprawdę sporo.

„Floaters” to ukłon w kierunku mniej oczywistych metrów i niebywała technika, z jaką Konstantin wydobywa ze swojej harmonijki dźwięk. Klimat, jakby z południa Europy, podany jest w tak przejmujący sposób, że momentami można mieć wrażenie, że jest w nim coś i ze świata sefardyjskich Żydów. Barwna, acz oszczędna gra perkusisty dopełnia całości.

„142857” to niemal ostinatowa figura zagrana w duecie z instrumentem klawiszowym. Jakże wyraźnie słychać tu, że liderem jest żywy człowiek, który chce dzielić się ze słuchaczami każdym swoim tchnieniem.

Po raz kolejny w kadry nienakręconego jeszcze filmu zabiera słuchaczy urokliwy i przebojowy „Stepless Shenanigans”. Pięknie brzmiąca harmonijka przekomarza się, uśmiecha, dziwi i przygląda światu z prawdziwą radością. A ten raz zatrzymuje się w miejscu, by po chwili wirować jak szalony. Jak w życiu.

Do elektronicznego przetwarzania brzmienia harmonijki muzyk powraca w kompozycji „Ms. Skvirelle”. To całkiem kosmicznie brzmiący, ekscytujący jazz rock, który pewnie jeszcze większe wrażenie zrobi w wersji koncertowej.

Na tym krążku nawet dwuminutowa „Glasbergs Coda” brzmi jak dobrze oszlifowana perełka naszyjnika ze znakiem firmowym Konstantina Reinfelda.

„Static Motion” to ukłon w stronę klasycznej pianistyki początku XX wieku, oczywiście przefiltrowanej przez sito jazzowej wrażliwości. Piękne, pełne, wręcz dostojn e brzmienie harmonijki Reifelda podaje temat, który błyskawicznie podchwytuje pianista, ubarwiając je ozdobnikami, dopowiadając resztę historii. Tak, jak to w świecie jazzowego porozumienia jest możliwe.

Drugi krążek sygnowany nazwiskiem Konstantin Reinfeld kończy transowy „Reality Check”. Ale bez obaw, to nie będzie jazzowe techno. Młody kompozytor wewnątrz umieszcza zwolnienie, zmienia rytm i wydobywa ze swojego utworu szlachetną nostalgię, jakby swego rodzaju samotność pośró ludzi, czy znużenie przy wyjściu z klubu po pełnej tańca nocy.

Harmonijkarze, ale też fani jazz rocka w swoim najbardziej melodyjnym obliczu tej płyty przegapić nie powinni. Tu nie chodzi o technikę i brzmienie na miarę Tootsa Thielemansa, ale przede wszystkim umiejętności kompozytorskie i aranżacyjne harmonijkarza. To powinien być początek wielkiej kariery.

 

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry