niedziela, 19 kwiecień 2015 23:01

Dogz – To The Bone (2015, wideo)

Dogz – To The Bone Dogz – To The Bone

Dogz to pomysł szwajcarskiego bluesmana o wyglądzie zagubionego członka ZZ Top. Philipp "Bluedög" Gerber zaprasza do świata szczerego do przysłowiowej kości, czyli „To The Bone”.

„I'll Be There” z miejsca obiecuje dobrą zabawę. Soczyste riffy, blues rockowe solówki niepozbawione wirtuozerii i mocne oparcie w sekcji rytmicznej wyznaczają standard całego krążka.

Całkiem blisko boogie, oczywiście w klimacie bliskim raczej ZZ Top, jest „True Tube Boogie”. Do tańca i potupania nogą.

Bliższy hendriksowskiej frazie i harmonii jest „Blind Man”. Brigitte Geiser wzmacnia frazy swoimi organami Hammonda. Porządny blues rockowy łomot.

„Dowm In Pieces” to w tym zestawie niemal ballada. Philipp "Bluedög" Gerber ma zdecydowanie biały głos, choć momentami dodaje sobie nieco chrypki. Żeńskie chórki, któ®e powitały słuchaczy już w pierwszej kompozycji wcale nie rażą. Jakoś pasują do estetyki i tej southernowej piosenki z melodyjną solówką i zabawą potencjometrem głośności.

„Pain And Glamour” bliższe jest rockowej piosence, niż bluesowym nutom, bardziej stylowo brzmi już „Naked in the Rain”. Choć w jej tekście i kompozycji więcej jest ducha Jima Morrissona niż Johna Lee Hookera. Smakowite solo wieńczy dzieło.

Teksaska gitara zmiksowana z geniuszem kompozytorskim Hendriksa stanowi o sile wyrazu „Machine Gun Preacher”. Tu Gerber trochę nie ma pomysłu na wokal, unisono z riffem brzmi dość banalnie, szczęśliwie solówki gitary wzmacniane hammondami nieco niwelują średnie wrażenie..

Piękne intro gitary solowej rozpoczyna balladę „On The Run”. Muzyka ma woje kulminacje, a żeński wokal tym razem idealnie współpracuje z liderem. Epicka pieśń, która na koncertach swoją hymnowością może stanowić główną atrakcję pełnego energii programu.

„Cleveland” początkowym riffem przypomina najlepsze czasy The Cream. Aż dziw, że tak rzadko muzycy blues rockowi sięgają po tę dość wyświechtaną, ale jakże energetyczną formułę tworzenia utworów. Tu śpiewanie unisono ma sens i idealnie współgra z basem i frazami gitary solowej.

„Wang Dang Doodle” rozpoczyna porcja slide, ale szybko Dogz wpadają w ciężkie rock bluesowe koleiny. Taki jest ich styl, a Philipp "Bluedög" Gerber na tle bogatych figur basowych rozpoczyna opowieść, która doprowadza nas do całkiem zgrabnego i melodyjnego refrenu.

We „Flying Dogz” szczekają psy, jest dużo instrumentalnego grania i wreszcie oparty na walkingu blues rock. Solówka z wykorzystaniem pedału wah wah to chyba największy atut tej nie pozbawionej humoru kompozycji.

Album kończy praktycznie akustyczny „Still Going Wild”. Dopiero po trzech minutach do lidera dołącza cały zespół i mamy southernową balladę z hard rockową solówką w finale.

Dogz z Szwajcarii do Polski mają i daleko i blisko. Z powodzeniem mogliby roznieść w pył niejeden klub, tylko czy ktoś na to wpadnie? Płyta podpowiada, że zabawa jest gwarantowana.

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry