wtorek, 18 marzec 2014 20:56

Scott H. Biram - Nothin’ but Blood (2014, wideo)

Scott H. Biram - Nothin’ but Blood Scott H. Biram - Nothin’ but Blood

Scott H. Biram to typowy songwriter, który śmiało porusza się pomiędzy country, bluesem i rockiem. Może wpaść w ucho także wszelkim miłośnikom tzw. indie rocka.

Wystarczy tylko posłuchać otwierającej album i promowanej wideo piosenki „Slow & Easy”. Ma tempo, nerw, a Biram śpiewa faktycznie, jak folkowy artysta łącząc delikatność Garfunkela z pazurem Dylana.

" type="application/x-shockwave-flash">" /> 

W zupełnie innej estetyce zrealizowany został song „Gotta get to heaven”. Zmutowany głos, jakby ze słuchawki telefonu bądź przenośnego megafonu, countrowy rytm i przemowa, jak z jakiegoś wiecu plus chwytliwy refren wzmacniany przez tamburyn i dograne dźwięki banjo.

Po dwóch akustycznych nagraniach „Alcohol blues” został zarejestrowany na gitarze elektrycznej. O dziwo, eklektyczna amerykańska krytyka, uznaje ten cover za mariaż punka z bluesem, ale z naszej perspektywy i działalności choćby duetu After Blues – to zwyczajny, gitarowy blues.

Niemal klasyczna ballada country to „Never comin’ home”. I chociaż za Scottem ciągnie się legenda nie stroniącego od whisky „Dirty ‘Ol One Man Band”, jego głos brzmi całkiem lirycznie.

Za to „Only Whiskey” ma coś z mariażu The Stooges, Black Flag i Roberta Johnsona, ale przypominamy, że Jack White gra bardzo podobnie i chyba z większą konsekwencją.

Dużo autentyczniej wypada grane slide „Jack of damonds”. Jak wszystkie piosenki, nagrana w domowym studiu muzyka, ma w sobie więcej prawdy niż walenie w gitarę elektryczną i bliższe jest autentycznemu bluesowi. A zakończenie, z pogłosem i efektami, pozwala odkryć psychodeliczne możliwości tej muzyki.

Mimo, że poszukujemy ciekawych płyt bluesowych, w wypadku Birama to właśnie jego piosenka o Wietnamie „Nam Weed” jest bardziej poruszająca, niż próby elektryfikacji stylu. A może to sprawa filmu braci Coenów „Inside Llewyn Davis”.

Dopiero „Backdoor Man” Dixona w wersji elektryczej i z przetworzonym głosem w pełni uzasadnia wspomnianą elektryfikację. Ale akurat ta wersja nie robi szczególnego wrażenia.

Bliska punkowej estetyce jest autorska „Church point girls” – także elektryczna. Bez wątpienia rewolucja punkowa i filozofia „Do It Yourself” wywarły wpływ na Birama, ale uporczywe zamykanie się  w takiej formule może prowadzić na manowce. Na szczęście w tej piosence gra choć śladowe solo, co nieco ożywia hermetyczną formułę płyty. I to paradoksalnie całkiem niezła kompozycja.

W „I’m troubled” Doca Watsona sięga po harmonijkę i znów wyrusza w świat country. W świat, w którym jest wiarygodny i akceptowalny.

Zabawa w country trwa też w utworze „Around the bend” i co ciekawe, wydaje się, że właśnie tu Scott H. Biram dyskretnie pokazuje, że umie grać lepiej, niż chcielibyśmy wierzyć. Instrumentalne igraszki trwają ponad pięć minut, ale nie zostają w pamięci.

Już lepsze wrażenie zostawia zaśpiewana z harmonijką „Amazing Grace”. Bez udziwnień, ale z szumiącą wodą jako akompaniamentem.

Ostatnia autorska piosenka na krążku to „When I Die”. Mieszanka country z gospel i jeszcze jedno świadectwo duchowej pasji muzyka. Kolejnym jest zamykające płytę nagrane z wykorzystaniem kilku ścieżek głosów wykonanie „John the revelator”. Mimo zamierzonej surowości – pozostawia dobre wrażenie na koniec krążka, zwłaszcza że znalazło się też miejsce na solo techniką slide.

Scott H. Biram z “Nothin’ but Blood” trafił do zestawienia najpopularniejszych płyt bluesowych w USA. Nam pozostaje czekać na lepsze wsparcie wytwórni, a najlepiej nowy krążek, choćby Marka Motyki. Na razie cieszmy się, ze mamy Gruff!

 

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry