wtorek, 21 czerwiec 2011 20:43

Harry Manx in Warsaw. Mohan veena alive (zdjęcia)

Harry Manx in Warsaw, Hybrydy by Ireneusz Graff Harry Manx in Warsaw, Hybrydy by Ireneusz Graff

Harry Manx jest człowiekiem wyjątkowym. Nie ma na świecie drugiej takiej osoby, która potrafiłaby w tak magiczny sposób połączyć ze sobą tak muzycznie różne od siebie gatunki, jak blues i muzyka hinduska. I do tego zrobić to w taki sposób, aby słuchacz nieobyty w tych dźwiękach, od razu poczuł bliskość z artystą.

Harry Manx stworzył swój własny styl, który sam określa mianem hindu-bluesa, który często wzbogacany
jest o elementy jazzu. Jest multiinstrumentalistą oraz wokalistą. Gra na gitarze, banjo i harmonijce.
Jego głównym instrumentem jest zaś mohan veena, które jest skrzyżowaniem tradycyjnego
hinduskiego instrumentu sitar i gitary. Urodził się i wychował na wyspie Man, leżącej na Morzu
Irlandzkim. Później wraz z rodzicami przeniósł się do Kanady. Jako dwudziestolatek wyjechał do
Europy, później trafił do Japonii, aby na koniec lat 70-tych znaleźć się w Indiach. Zajmował się tam
tworzeniem muzyki do medytacji. Od 2000 roku mieszka na stałe na kanadyjskiej wyspie Saltspring.
W Indiach poznał znanego hinduskiego gitarzystę o nazwisku Vishwa Mohan Bhatt, który nauczył go
techniki gry na dwudziestostrunowym mohan veena.

Harry Manx pierwszą solową płytę „Dog My Cat” wydał dziesięć lat temu. Sprzedała się w 30
tysiącach egzemplarzy. Od tamtego czasu Manx nagrał kolejnych dziewięć krążków. Najnowsza
ukazała się w tym roku i nosi nazwę „Strictly Whatever”. A 16 czerwca 2011 roku wystąpił na jedynym
koncercie w Polsce, który zorganizowała Agencja Koncertowa Tangerine.

Poznałem jego twórczość zaledwie kilka miesięcy temu i od pierwszych dźwięków ją pokochałem.
Połączenie tradycyjnego bluesa z piękną, orientalną muzyką Indii jest czymś, czego dawno nie
doświadczyłem. I po raz kolejny przekonałem się, że słuchanie muzyki z płyty jest niczym w
porównaniu z jej odpowiednikiem na żywo. Koncert był dość kameralny, co moim zdaniem było
głównym atutem jego występu. Każdy dźwięk wydawany przez dwudziestostrunową mohan veena
można było poczuć na całym ciele. Dźwięki wypełniały całe moje wnętrze. Wystarczyło zamknąć
oczy i wyobraźnia sama przenosiła mnie do pięknych ogrodów hinduskiego pałacu, które wypełnione
były w orkiestrę pełną bluesowych i hinduskich dźwięków. Harry potrafił stworzyć atmosferę całego
zespołu za pomocą efektów dętych tworzonych poprzez rytm jego stóp. I do tego jego głos. Ciepły,
pełen najgłębszych przeżyć, pozwalał w pełni poczuć klimat jego muzycznych opowieści. - Blues jest
jak ziemia, muzyka hinduska jest jak niebo. To, co staram się zrobić, to znaleźć równowagę między
nimi - mówił sam Manx. Jest do tego osobą w pełni kompetentną i uważam, że udaje mu się tego
dokonać w niesamowicie przyjemny i bardzo osobisty dla słuchacza sposób.

Trzeba przyznać, że Harry Manx jest osobą bardzo miłą i otwartą na słuchaczy. Pomiędzy utworami
nie jeden raz żartował, opowiadał o swoim życiu i zainteresowaniach. Również po koncercie poświęcił
swój czas każdemu, kto podszedł do niego po autograf. I to nie tylko podpisywał swoje płyty, ale
również z każdym rozmawiał. Były to dwie godziny spędzone w najpiękniejszym transie, jakiego do tej
pory uświadczyłem w swoim życiu.

Adam „Brzoza” Brzeziński

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry