Bluesonline poleca

Bluesonline poleca

Bluesonline poleca

sobota, 21 luty 2015 22:58

Romek Puchowski nad Mississippi. Traveling Riverside Blues muzyka (zdjęcia)

Romek Puchowski w błocie Delty, Delty/Louisiana, fot. Jakub Bednarek Romek Puchowski w błocie Delty, Delty/Louisiana, fot. Jakub Bednarek

Romek Puchowski reprezentował w 2015 roku Polskę podczas International Blues Challenge. Propagator akustycznego i archetypicznego grania wyruszył w podróż w poszukiwaniu korzeni bluesa.

Przemierzyliśmy prawie 3000 mil, byliśmy w Tennessee, Mississippi, Louisiana, Arkansas. Odwiedziliśmy m.in. rodzinne miejscowości takich legend, jak Robert Johnson, Son House, Charley Patton,  Willie Dixon. Helena, Lula, Friars Point, Clarksdale, Jackson, Vicksburg, Hazelhurst, aż  po New Orleans. Cudowne, swobodne włóczenie się po Delcie. Ogromne przestrzenie, pola bawełny, gigantyczne lasy łęgowe, dzikie, niedostępne brzegi wielkiej rzeki...

Puchowski nad Mississippi, Memphis/Tennessee, fot. Jakub Bednarek

Kluczem mojej podróży przez Atlantyk był rajd po Delcie Mississippi, krainie, z której wywodzi się blues, jedna z najważniejszych moich muzycznych inspiracji. Wyruszyliśmy z Memphis na południe legendarną Highway 61. Delta znajduje się na szerokości geograficznej podobnej do położenia  Maroko. Pogoda więc o tej porze roku jest idealna do podróżowania, słońce i czyste, rześkie powietrze. Zima to bardzo dobry czas na wizytę w Delcie – nie ma komarów. Latem, zapuszczając się w jej meandry, przebijalibyśmy się przez złowrogo bzyczące chmury. W podróż wyruszył ze mną fotografik, Jakub Bednarek.

W każdym razie, w końcu pędziłem przez krainę, którą zawsze chciałem odwiedzić, czułem Jej wibrację. LULA, rodzinna miejscowość takich legend, jak Son House, Charley Patton, Frank Frost i Sam Carr. Jak śpiewał Charley Patton, w Dry Well Blues: „Way down in Lula, hard livin' has done hit”.

Lula, Mississippi, fot. Jakub Bednarek

W tej pieśni Patton uwiecznił rodzinne Lula. Małe, spokojne, malownicze miasteczko. Opuszczona stacja kolejowa, drzewa, domy i płasko, płasko, płasko… Zaprzyjaźniłem się „wstępnie” z gromadką autochtonów, którzy stali w zagajniku przy torach z butelczynami, ubranymi w papierowe torby i spożywali. Taki współczesny, nieoficjalny barrelhouse. „Chłopaki” chętnie nawiązali rozmowę. Nie mieli pojęcia, kto to Son House czy Charley Patton. Żyją swoim życiem: „Mamy dość problemów teraz, żeby zajmować się jeszcze tym, co się tu działo blisko 100 lat temu”. Lekko podchmieleni, rozmowni, ciekawi przybysza. Wracam do samochodu, tam oczywiście gra Son, niesamowicie słuchać Go w tym miejscu.

 

Lula, Mississippi, fot. Romek Puchowski

Friars Point, główny port  załadunku bawełny i drewna, przystań promowa, z której można się było przeprawić do miasta Helena, leżącego na przeciwległym brzegu Mississippi. Robert Johnson śpiewał w “Traveling Riverside Blues”: “Just come on back to Friars Point, mama, and barrelhouse all night long”. Tutaj klimat jest zdecydowanie bardziej sprzyjający dla imprezowania pod gołym niebem w barrelhouse niż u nas. Niegdyś tętniący życiem port, przez który szła w świat bawełna. Promy utrzymywały kontakt z drugą stroną rzeki. Wyblakły napis informuje o historycznej roli Friars Point. Wokół toczy się normalne życie, opodal tablicy z napisem panowie reanimują jakieś monstrualne auto, z drugiej strony nadjeżdża gigantyczny truck w zamaszystym chromie. W otoczeniu małych domków i przyczep kampingowych wygląda co najmniej… oryginalnie. „Lokalsi”, zagadnięci na temat bluesa, wskazują miejsce, w którym w latach 20-, 30-tych grali na ulicy najsłynniejsi wówczas bluesmani. Nie powiem, zobaczyć scenę, na której grywali, to było coś.  

 

Ground Zero Blues Club, Clarksdale/Mississippi, fot. Jakub Bednarek

Clarksdale, nazywane ongiś „Stolicą Bawełny”. Miasto jest oddalone od Mississippi o kilkanaście kilometrów. Było ważnym kolejowym i drogowym węzłem komunikacyjnym. Prowadzi tu legendarna Highway 61. Muzyka podążała oczywiście za tym wszystkim i kwitła w tym mieście w najlepsze. Tu działali m.in. tacy bluesmani, jak Son House czy Muddy Waters. W Clarksdale znajduje się też podobno słynne Cross Road, na którym, jak głosi legenda, Robert Johnson w zamian za muzyczny talent diabłu duszę zaprzedał. Inni twierdzą, że mogło być to jakiekolwiek samotne skrzyżowanie w Delcie. Jak na przykład to, koło Lula, na którym stoję.

 

Dancing at the cross road, Lula/Mississippi, fot. Jakub Bednarek

Mijam „psychodeliczne” murales Roberta Johnsona w drodze do „Ground Zero Blues Club”. W „Delta Blues Museum” wśród eksponatów znalazłem interesujące gitary akustyczne z epoki. Bez możliwości kontaktu, niestety …

 

Clarksdale/Mississippi, fot. Romek Puchowski

Natomiast w lokalnym sklepie muzycznym udało mi się ograć kilka przedwojennych gitar Stella, na których grywał m.in. Charley Patton. Był to właściwie warsztat lutniczy, zajmujący się produkcją cigar box’ów oraz renowacją przedwojennych akustyków. Właściciele sklepu byli bardzo uprzejmi, lecz mało rozmowni. Dobry standard traktowania turysty. Z kolei od sympatycznej pani ze sklepu z płytami dowiedzieliśmy się, co koncertowo dzieje się w okolicy. W Vicksburgu, który właśnie mieliśmy na celowniku, wieczorem zapowiadało się coś interesującego. Szanse małe, ale będziemy próbowali zdążyć.

Z Clarksdale ruszyliśmy dalej na południe bocznymi drogami, trzymając się możliwie jak najbliżej Mississippi. Finałem dnia był, oddalony o ok. 150 mil, wspomniany  Vicksburg, dolna granica „muzycznej Delty”. Drogi prowadziły nas przez zaskakująco dzikie tereny. Krótko przed zapadnięciem zmroku wróciliśmy na Highway 61.

 

Rzeka Mississippi_Vicksburg/Mississippi, fot. Romek Puchowski

Robert Johnson śpiewał w Traveling Riverside Blues: ”I’v got womens in Vicksburg, clean on into Tennessee”. VICKSBURG. Postanowiliśmy sprawdzić, kogóż to on tam miał …? W niedzielny poranek ludzie podążali na msze, uśmiechając się uprzejmie. Obszedłem na piechotę całą część Vicksburga, przylegającą do rzek Mississippi oraz Yazoo. Miasto puste. Mało kto porusza się bez samochodu – chodzi na spacery, byłem więc „poranną sensacją”. Droga wiodła przez ulicę Willie Dixona, który stąd właśnie się wywodzi. Są znaki, którędy piesze wycieczki czynić należy, lecz chodników w pewnym momencie zabrakło … Na koncert, oczywiście nie zdążyliśmy.

 

Vicksburg, downtown, fot. Romek Puchowski

Z balkonu hotelu, ponad miastem rozciągał się widok na Mississipii i kanał rzeki Yazoo. Późnym popołudniem odwiedziliśmy wioskę Delta, po drugiej stronie rzeki. Udało nam się wbić w gęstwiny lasów łęgowych i dotrzeć do brzegu Mississippi. Był podobny do dzikiego brzegu Wisły, tylko że monstrualnie większy. Woń wielce pokrewna. Robiliśmy sesję zdjęciową z Kubą Bednarkiem na stojącym na przeschniętym mule drzewie. Trampki gumiakom do pięt nie dorastają … Zanim wsiedliśmy do samochodu było wycierane.

 

Delta/Louisiana, fot. Romek Puchowski

Nazajutrz, skoro świt ruszyliśmy dalej na południe, do Nowego Orleanu. Odwiedziliśmy też parokrotnie miejsce wielce szczególne …

 

Willie Dixon Way, Vicksburg/Mississippi, fot. Romek Puchowski

Romek Puchowski

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry